NIE WCHODŹCIE DO ZAMKU!
Ten znany zamek, popularny wśród miłośników urbexu, położony niedaleko Mělníka, odwiedziliśmy już wcześniej, zanim nabył go nowy właściciel. O tym, że jest on prawdopodobnie zabezpieczony, a osoby, które się nim opiekują, są dość agresywne, słyszeliśmy już wcześniej. Dzisiaj jednak przekonaliśmy się o tym na własne oczy. Chciałbym tylko podkreślić, że z szacunku dla osób, które starają się go ocalić, nie weszliśmy do zamku, wokół którego znajdują się tabliczki z zakazem wstępu. Jednak podczas naszej ostatniej wizyty pominęliśmy kilka budynków znajdujących się poza murami zamku, a ponieważ dzisiaj droga prowadziła obok nich, postanowiliśmy tam zajrzeć. Dotarliśmy tam drogą, dzięki której nie musieliśmy ani przeskakiwać ogrodzenia, ani omijać tablicy z zakazem wstępu (tak, widzieliśmy ją, ale znajdowała się tuż za budynkami, do których chcieliśmy wejść, i zakazywała wstępu na „plac budowy zamku”. Ponieważ ten plac budowy nie był w żaden sposób oznaczony, doszliśmy do wniosku, że to właśnie tablicy go wyznaczają i zaczyna się on dopiero za nimi). Do budynku weszliśmy przez szeroko otwarte drzwi, przeszliśmy przez kilka dostępnych pomieszczeń i spokojnie wyszliśmy tą samą drogą. (Nie oceniam, czy mieliśmy tam co robić, czy nie; myślę, że każdy miłośnik urbexu zna ryzyko i wie, że porusza się po cienkim lodzie. Nie mam nic przeciwko temu, że właściciel pilnuje swojej posesji – w pełni to rozumiem. Zajmuje mnie jedynie jego zachowanie…) Kiedy już siedzieliśmy w samochodzie i szykowaliśmy się do odjazdu, podjechała furgonetka, a kierowca skonfrontował nas z tym, co tam robiliśmy. Oczywiście staraliśmy się jak najgrzeczniej przeprosić i wyjaśnić nasze zamiłowanie do urbexu. Niestety było to daremne – nie dał nam nawet dojść do słowa. Po chwili powiedział, że jeśli jeszcze raz nas zobaczy, to nas pobije, a nawet zastrzeli, bo podobno mu to obojętne. Moja wciąż uprzejma reakcja – pytanie, czy naprawdę musi nam grozić śmiercią – doprowadziła go do krzyku i wyzwisk, w których nazywał nas osłami. Po naszej ostatniej próbie uspokojenia sytuacji, polegającej na zdaniu „przepraszamy, ale proszę nie krzyczeć na nas”, zaczął wysiadać z samochodu i wszystko wskazywało na to, że chce się z nami zmierzyć fizycznie, a nie tylko słownie. W tym momencie kolega wcisnął pedał gazu i odjechał, co było chyba najrozsądniejszym rozwiązaniem – w przeciwnym razie sytuacja tylko by się zaostrzyła…
NINIEJSZYM WPISEM CHCĘ TYLKO OSTRZEC INNYCH URBEXERÓW, ABY LEPIEJ NIE UDALI SIĘ DO ZAMKU ANI DO JEGO OKOLIC.
Oprócz naszego, wciąż stosunkowo spokojnego incydentu, przeczytałem na jednej z grup urbexowych o innej grupie urbexerów, na którą prawdopodobnie ta sama osoba zaatakowała żelaznym prętem. Powiedziałbym, że naprawdę nie warto tego ryzykować…